Rozdział III: "Dziennik Edwarda Cullena..."

piątek, 21 sierpnia 2009 19:27:38
komentarze [27]

Witam!

Szczerze mówiąc, to nie wiem, co mam tu dziś napisać...Może to przez to, że mam zły dzień, nie dopisuje mi humor, wpadłam wręcz w letnią depresję? Wiem, że to dziwne, ale nienawidzę lata... Tęsknię za jesienią, kolorowymi liśćmi, deszczem, kałużami i wszystkim co związane jest z Wrześniem, Październikiem i Listopadem... Dziwaczka ze mnie, prawda...?

Znów zmieniłam szatę graficzną. To chyba u mnie już tradycja, że przy nowej notce pojawia się nowy szablon i muzyka. Grafikę jak zwykle wykonałam sama, za html dziękuję Oli z przeznaczona.mylog.pl czy, jak kto woli, goodies.mylog.pl.

Dziękuję Wam za tak ciepłe komentarze. Ten rozdział powstał tylko i wyłącznie dzięki nim, czyli dzięki Wam, ostatnio bowiem, zaczęłam zastanawiać się, czy nie dać sobie spokoju z pisaniem. Doszłam jednak do wniosku, że nie dam, także komu zabrakło powietrza w płucach, może odetchnąć z ulgą.

Przepraszam wszystkich, którym nie skomentowałam jeszcze nowych notek, obiecuję, że wszystko nadrobię w najbliższym czasie, bo teraz chwilowo go nie miałam. Niedługo mam dwa poważne egzaminy na studiach, co wiąże się z tym, że non stop się uczę, bo jeśli ich nie zdam, to przysłowiowo "leżę i kwiczę".

Rozdział znów długi, ale usprawiedliwiam się tym, że nie wiem, kiedy będzie następny. Przypominam też, że jeżeli ktoś chce być informowany o kolejnych częsciach, proszę o wpis do "Księgi Gości".

Notki nie dedykuję dziś nikomu. To ten mój humor, przepraszam... Ale naprawdę coś ze mną nie tak. Poprawię się, obecuję.

A tymczasem zapraszam do czytania i wyrażania swojej opinii, nawet tej nieprzychylnej. Zniosę dziś wszystko...


ROZDZIAŁ III:
Dziennik Edwarda Cullena...



Tej nocy dręczyły ją koszmary. Pojedyncze myśli, jakby klatki wycięte z filmów grozy, przesiewały jej umysł, jedna po drugiej, tworząc pełnometrażowy obraz. Tak realny, że zdarzyło jej się zabłądzić między jawą a snem...

Spadała w przepaść bez dna. Nie miała za co chwycić, czego się złapać. Ciemność okalała ją z każdej strony, a lęk paraliżował od środka. Czuła, że to koniec. Koniec jej, i tak dość krótkiego, życia.

Starając się panować nad emocjami, próbowała przypomnieć sobie najpiękniejsze chwile jakich doświadczyła. Wróciła myślami do tych, w których towarzyszył jej jeszcze ojciec.

Przed oczami zamajaczyła jej niewyraźnie postać mężczyzny, a wraz z nią wszystkie, najbardziej namacalne wspomnienia. Ich wycieczka do London Zoo kiedy miała pięć lat. Wakacje na Costa Le Grande, gdy była jedenastoletnią dziewczynką. Wyprawa do Patagonii na czternaste urodziny… Tyle pięknych chwil, które z nim spędziła…

Jej serce zabiło mocniej, a rumieniec oblał twarz, na myśl, że, może za chwilę, znów go zobaczy. Jeżeli to wszystko, co napisał w liście jest prawdą, jeżeli faktycznie nad nią czuwa, to jedyną barierą, która ich teraz dzieliła, a którą ona musiała pokonać, była śmierć. A po śmierci znów będą razem. To przecież takie oczywiste…

Skupiła się więc na tym, by dać sobie odpocząć. Po kolei zaczęła rozluźniać wszystkie mięśnie. Poczynając od tych na czubku jej głowy, przechodząc przez klatkę piersiową, a kończąc na koniuszkach palców u stóp. Może dzięki temu upadek będzie mniej bolesny?

A nawet jeśli nie, to co z tego? Będzie cierpiała tylko chwilę. Co znaczy chwila w obliczu perspektywy spędzenia wieczności ze swoim ojcem?

Ale zaraz… Moment… Chciała tak zwyczajnie zrezygnować ze swojego życia? Była młoda, zdolna, ambitna. Miała matkę, której nie mogła zostawić. Obowiązki, przyjemności, przyjaźnie, miłości! Tyle rzeczy jeszcze na nią czekało. Tyle rzeczy, na które ona sama czekała siedemnaście lat! Nie mogła tak po prostu odejść. Nie mogła bez walki oddać się ramionom śmierci! Nie teraz…

I wtedy stało się coś, czego, choć nieświadomie, tak bardzo oczekiwała.

Wtedy usłyszała wycie…

Z każdą chwilą coraz bardziej donośne, było ukojeniem dla jej skołatanych nerwów. Nie miała pojęcia skąd dochodziło, jakim cudem, i jak udało jej się je usłyszeć. Przebiło się przez dźwiękoszczelną barierę jej umysłu, dając jej tym samym poczucie bezpieczeństwa.

Wydawało się, że było ponad czasem. Wtedy, kiedy go potrzebowała. Że istniało tylko dla niej, przesiąknięte bezgraniczną miłością... A szept, który przeplatał się gdzieś między nim, mówił: „Zostań ze mną Lilybeth…”. Nie mogła nie posłuchać…

Udało jej się powrócić do pionu. I zamiast opadać, nagle zaczęła się wznosić. Szybować w górę, wręcz frunąć!

Leciała… Leciała za głosem, który, nie oczekując nic w zamian, przyszedł jej na ratunek. To było cudowne uczucie… Takie, którego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Coś, na pograniczu miłości, fanatyzmu, szczęścia. Sama nie potrafiła dobrać odpowiednich słów…

Lecz nagle wycie zamieniło się w skowyt. Zamarła. Po chwili jednak usłyszała niegroźny, miękki szept: „Przepraszam… Nie chciałem cię przestraszyć. Zbudź się Lilybeth, proszę…”.

Tak bardzo się wtedy zdziwiła…

„Nie chcę… Pozwól mi z tobą zostać…” pomyślała.

„Nie raz się jeszcze spotkamy. Teraz jednak musisz wracać…”

„Ale dlaczego? Dobrze mi z tobą…”

„To nie ten czas i nie to miejsce. Otwórz oczy Lilybeth…”

Otwórz oczy Lilybeth… Otwórz oczy Lilybeth…

Te słowa odbijały się echem w jej głowie, jak kołysanka śpiewana dziecku przed zaśnięciem, wciąż i wciąż. Nie miała innego wyjścia, musiała pójść za ich radą. Z trudem uniosła powieki, godząc się na to, by sen się wreszcie skończył. Jedyne, co jej po nim zostało, to ten melodyjny głos, który wcale nie miał zamiaru opuszczać jeszcze jej głowy…


* * * * * * * *



Siedziała w kuchni, nucąc jakąś wesołą melodię. Dokoła roznosiły się cudowne zapachy. Pieczony bażant. Gotowana marchew. Krojona papryka. Smażone ziemniaki… Dzisiejszy obiad zapowiadał się jako uczta, nie tylko dla podniebienia, ale również dla oczu. Wszystkie kolory tęczy miały królować tego dnia na stole. Nic więc dziwnego, że z każdą minutą apetyt dziewczyny wzrastał o kolejne burknięcia dochodzące z jej żołądka…

A wszystko to spowodowane było przyjazdem ciotki. Z tego, co Lilybeth zdołała dowiedzieć się od matki, kobieta była jej dawno niewidzianą krewną, która, cudownym zbiegiem okoliczności, zamieszkiwała dokładnie to samo miasto, co one. W dodatku miała córkę, w wieku dziewczyny, z którą najprawdopodobniej będą chodziły razem do szkoły. Wakacje powoli dobiegały końca, może warto więc było zainwestować w nowe przyjaźnie?

- O czym tak myślisz?- zagadnęła Lilybeth matka.
- Zastanawiam się, jak będzie wyglądała moja nowa szkoła- przyznała.
- Nie sądzę, żebyś musiała się tym martwić- uśmiechnęła się Abigaile.- Z tego co wiem, Claire jest tam lubiana. Jeżeli się zaprzyjaźnicie, pewnie wprowadzi cię w towarzystwo.
- Mhm…
- Nie bądź nastawiona tak pesymistycznie. A nuż, poznasz tam miłość swojego życia…
- Mamo!- Lilybeth spiorunowała kobietę wzrokiem.

Ta natomiast zaśmiała się tylko i tanecznym krokiem wyszła z kuchni.

- Miłość życia. Też mi coś…- mruknęła dziewczyna.
- Mówiłaś do mnie?- usłyszała głos dochodzący z salonu.
- Nie! Przypominałam sobie tylko, ile wynosi pierwiastek kwadratowy z pi.

Matka pojawiła się w drzwiach i przewróciła wymownie oczami.

- Przed miłością nie uciekniesz- skwitowała i, tym razem na dobre, zniknęła w salonie.
- Miło mi to słyszeć…


* * * * * * * *



Kiedy uszu Lilybeth doszło pukanie do drzwi wejściowych, przebierała się właśnie w swoim pokoju. Kultura bowiem, w jakiej została wychowana, wymagała, aby gości przyjmować w dość schludnym ubiorze.

Gdy zapinała ostatni guzik bluzki, radosne odgłosy docierające z dołu, wśród których pojawiło się również jej imię, były coraz donośniejsze. Czym prędzej ruszyła więc, by przywitać nieznaną sobie kobietę oraz jej córkę.

Nie wiedziała dlaczego, ale wyobraźnia nasuwała jej przed oczy dwie, dość krępe matrony, które różniły się od siebie tylko tym, iż jedna z nich była młodsza, a druga starsza. Ale ponieważ jej wyobraźnia bywała bardzo bujna, nie udało jej się ukryć zdziwienia, kiedy, schodząc po schodach, ujrzała przyjaźnie nastawione, uśmiechnięte, smukłe buzie.

- Dziewczyno, ależ ty urosłaś!- wyrwało się z ust kobiety, która, jakże by inaczej, była jej ciotką.
- Dzień dobry- Lilybeth przywitała się grzecznie.

Abigaile spojrzała na nią z dumą.

- Tak więc, Stephanie, to jest moja Lily- wskazała na córkę.- Lily, poznaj ciocię Stephanie i twoją kuzynkę, Claire.
- Bardzo mi miło- powiedziała, starając się przy tym nie okazać, jak strasznie była skrępowana.

Nie przywykła do takich sytuacji i, w pewnym sensie, czuła się jak eksponat, wystawiany na pokaz w muzeum.

Ciepłe „cześć” skierowane w jej kierunku, dodało jej odrobinę otuchy.

Spojrzała na kuzynkę, której nigdy wcześniej nie miała okazji poznać. Dziewczyna była bardzo ładna, wydawała się też być miła. Może faktycznie między nimi miała narodzić się przyjaźń? Lilybeth cieszyła ta perspektywa, tym bardziej, że już nazbyt długo była samotna. Nadszedł czas, by w końcu, raz na zawsze, pożegnać się z pewnym rozdziałem w jej życiu…

- To co?- chwilę ciszy przerwała Abigaile.- Zapraszam do salonu!


* * * * * * * *



Po godzinie spędzonej przy stole, wśród śmiechów i radości, smutku i łez, Lilybeth zaprosiła Claire do swojego pokoju. Czuła się trochę niezręcznie, dawno nie zamieniła słowa z żadnym ze swoich rówieśników. Na jej szczęście, kuzynka okazała się gadatliwą osobą…

- Podoba ci się tutaj?- zapytała.
- Szczerze mówiąc, jest pięknie. Nie spodziewałam się, że istnieją jeszcze takie miejsca na Ziemi. Wydaje się, jakbym z piekła trafiła do raju…

Claire uśmiechnęła się na to stwierdzenie.

- Masz rację- powiedziała.- W szkole też pewnie szybko się zaklimatyzujesz.
- Nie wiem…- Lilybeth zawahała się.- Wiesz… Ostatnio mam małe problemy w kontaktach z otoczeniem.

Dziewczyna spojrzała na nią z wyrazem współczucia w oczach. Wydawało się, jakby ją rozumiała…

- Zdaję sobie sprawę. Nie każdy przeżywa, to, co przytrafiło się tobie.
- Tak, to prawda- Lilybeth westchnęła, siadając przy tym na łóżku.- Podobno takie doświadczenia umacniają człowieka.
- A ciebie umocniły?
- Chciałabym móc powiedzieć tak, ale nie potrafię…
- Nie przejmuj się. Nie chcę, żeby to głupio zabrzmiało, ale kiedy wezmę cię pod swoje skrzydła, na pewno odżyjesz- zaśmiała się.

Nie wiedzieć dlaczego, Lilybeth podobała się postawa kuzynki. Buchał od niej optymizm, co, w połączeniu z jej pesymizmem, stanowiło idealny duet.

- Oby…- powiedziała z nadzieją.
- Zobaczysz.
- Opowiedz mi coś o szkole...- Lily nagle zmieniła temat.
- Jest nieduża, wszyscy się w niej znają. Tak jak i w mieście zresztą…
- Coś więcej?- Lilybeth spojrzała na nią niepewnie.
- Znalazłoby się paru przystojniaków, jeżeli o to ci chodzi- zachichotała.

Dziewczyna przewróciła oczami.

- Gadasz jak moja mama- stwierdziła z przekąsem.
- A tam! Jesteś młoda, musisz się wyszumieć…
- Wyszumieć?- zdziwiła się.- Ładne określenie.
- Ale nie było użyte w złym sensie- Claire zripostowała.
- A ty?- Lilybeth spojrzała na nią z ciekawością.
- Co ja?- zdziwiła się.
- No… Czy masz chłopaka?
- Ach, to- zaśmiała się, a jej oczy błysnęły.- Oczywiście, że mam.

Lily rozsiadła się wygodniej na łóżku.

- Chodzi do naszej szkoły?- zapytała.
- No… Niezupełnie- Claire przygryzła dolną wargę.- Jest starszy…
- Starszy?
- Ma dwadzieścia pięć lat.
- DWADZIEŚCIA PIĘĆ?!- Lilybeth nie mogła się powstrzymać, żeby nie wrzasnąć.
- Co w tym złego?- Claire spojrzała na nią spod byka.- Jest miły, ułożony, mama go uwielbia, to wystarczy.
- I nie przeszkadza jej, że jest TYLE starszy?- nacisk na słowo ‘tyle’, wywołał u kuzynki rozbawienie.
- Ostatnio stwierdziła, że to nawet lepiej. Przynajmniej nie jest już jednym z tych napalonych nastolatków- zarechotała.
- Napalone nastolatki…- Lilybeth powtórzyła, prawie bezdźwięcznie.
- Nie przejmuj się…- Claire poklepała ją po ramieniu.- W naszej szkole znajdzie się i paru porządnych- stwierdziła, robiąc przy tym niewinną minę.

W tym momencie obie dziewczyny parsknęły śmiechem…


* * * * * * * *



Czas mijał im bardzo przyjemnie, ale i równie szybko. Dla Lilybeth był odskocznią od przeszłości, która tak bardzo jej ciążyła, dla Claire natomiast możliwością zawarcia nowej przyjaźni. Obie musiały przyznać, że nie był to czas stracony.

W ciągu tych kilku godzin, Lilybeth, poprzez opowieści Claire, zdążyła poznać już prawie wszystkich uczniów ich szkoły. Znalazło się tam kilku dziwolągów, z którymi nawet przez chwilę zaczęła się utożsamiać, jednak natychmiast dostała kuksańca w bok, co powstrzymało ją od dalszych wywodów na ten temat.

Dowiedziała się też, że koledzy kuzynki, czekają już tylko na to, by móc ją poznać, koleżanki natomiast – by zabrać ją na zakupy.

Szerokie perspektywy, jakie dawało jej to miejsce, zasiały w dziewczynie ziarno optymizmu. Pierwszy raz od dłuższego czasu, była w stanie normalnie z kimś porozmawiać, pośmiać się. Nawet o chłopcach zaczynała myśleć coraz cieplej. To nie mógł być przypadek…

Pogrążona w refleksjach, nie zauważyła, kiedy Claire wstała z łóżka i podeszła do okna. Opierając się rękoma o parapet, przyglądała się drzewom, powoli przemieniającym się w, osnute mgłą, pomniki natury. Jej czoło przeszyła pionowa zmarszczka, co świadczyło o tym, że usilnie nad czymś myślała, a palce zbielały, zaciśnięte kurczowo na drewnianym materiale.

- Claire, co z tobą?- Lilybeth, wystraszona, zerwała się z łóżka.
- Wszystko wporządku- dziewczyna odwróciła się i uśmiechnęła delikatnie.- Tylko…- zawahała się.- Chyba powinnaś o czymś wiedzieć…
- Tak?- Lily nie kryła zdziwienia.
- Bo widzisz…- dziewczyna znów spojrzała na las.- Jest ktoś, kto bardzo chciałby cię poznać…

Na twarz Lilybeth wypłynął szeroki uśmiech.

- Tak wiem, wszyscy twoi znajomi. Mówiłaś już o tym- zachichotała.
- Niezupełnie…- ton głosu dziewczyny nie brzmiał już tak radośnie, jak kilka minut temu.

Lily spoważniała. Mimo, że nie miała pojęcia o co chodzi, wiedziała, iż nie jest to nic dobrego.

- Jeżeli to ma cię zachęcić do mówienia, to w dalszym ciągu nic nie rozumiem- rzuciła, z lekkim sarkazmem.

Claire westchnęła, po czym skierowała się z powrotem w stronę tapczanu i usiadła na nim teatralnie.

- Nie tylko ty tutaj posiadasz sekret, Lily…- powiedziała.

Na dźwięk tych słów dziewczyna zamarła. Równie dobrze mogła spodziewać się deszczu meteorytów, tak, jak tego, co usłyszała przed chwilą.

- Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi…- starała się opanować drżenie rąk, jednak w tej chwili z trudem udawało jej się kontrolować cokolwiek.
- Przede mną nie musisz nic kryć- Claire uśmiechnęła się ciepło, co sprawiło, że dziewczyna zawahała się na moment.

„Co tu jest nie tak?”- pomyślała.- „Kim ona jest, do jasnej cholery?!”.

- Mimo to, będę upierać się przy swoim- powiedziała.- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- To dlaczego tak się denerwujesz?- dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i wpatrywała się w nią rozbawionym wzrokiem.
- Co w tym jest śmiesznego?- syknęła Lilybeth.
- A czy ja się śmieję?- Claire spoważniała.

Lily zaczęło kręcić się w głowie. To wszystko nie trzymało się kupy. To wszystko nie miało najmniejszego sensu!

Tato… Pomyślała.

I wtedy, po raz kolejny, jak w ciągu ostatnich dni, wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Okno otworzyło się z hukiem, wpuszczając tym samym do pokoju silny powiew wiatru. Tym razem jednak, nawet nie musnął on Lilybeth. Powędrował zaś w stronę przerażonej Claire i rozwiał delikatnie jej włosy, pozwalając po sekundzie opaść im bezszelestnie z powrotem na ramiona dziewczyny.

Czy to dobry znak?

Okno trzasnęło, zamykając się…

Claire siedziała blada jak ściana. Po tym, co przed chwilą zobaczyła, nie śmiała się odezwać. A nawet jeśli chciałaby to zrobić, nie potrafiła. Głos uwiązł jej w gardle.

Lilybeth natomiast myślała nad tym, co się stało. Czy ojciec dawał jej znać, że powinna zaufać tej dziewczynie? Że powinna przytaknąć, wyjawić jej swój sekret?

Jakby w odpowiedzi na te pytania, Claire w końcu zdobyła się na to, by coś powiedzieć…

- C… Co to było?- wyjąkała przestraszona.

Lilybeth uśmiechnęła się przepraszająco.

- A więc to prawda…- Claire nie mogła się nadziwić.- To, co o tobie mówili…
- A co takiego mówili?- ton dziewczyny przybrał kpiącą barwę.
- Że potrafisz te różne dziwne rzeczy… Że Simon… Znaczy twój ojciec…- poprawiła się.- Mówił, że im pomożesz…

Tym razem to Lilybeth zbladła. Pomoże? Komu? Kim byli ci ‘oni’?!

Nie pytając jednak o to, powiedziała zgodnie z prawdą:
- W tym momencie nie jestem w stanie nikomu pomóc…
- W tym momencie może i nie- potwierdziła Claire, już bardziej pewna siebie.- Ale za jakiś czas…

Lily zajęła miejsce obok niej i spojrzała na nią poważnie.

- Skąd o mnie wiesz?- zapytała.
- Jestem twoją kuzynką, jak mogłabym o tobie nie wiedzieć?- odpowiedziała bez wahania.
- Chodzi mi o to…- Lily zrobiła krótką pauzę.- Skąd wiesz o moich zdolnościach…?

Claire spojrzała na nią, jakby to było oczywiste.

- Od twojego ojca- powiedziała, a widząc minę towarzyszki dodała pospiesznie.- Nie mogę ci zbyt wiele teraz wyjaśnić. Nie pozwolono mi… Chcę tylko, żebyś wiedziała, że masz we mnie wsparcie. W nas…
- Jakich znowu NAS?!- oczy Lily pałały gniewem.

Claire znowu podeszła do okna i gestem dłoni, nakazała kuzynce, by zrobiła to samo.

- Widzisz ten las?- wskazała przed siebie.

Lilybeth pokiwała twierdząco głową.

- Jest ich tam pełno. Czekają na ciebie… Czekają, aż będziesz gotowa. I będą cię chronić. To jest ich główne zadanie…

Lily ledwo trzymała się na nogach, a Claire ciągnęła dalej.

- Wiem, że nie rozumiesz. To nic strasznego- uśmiechnęła się.- Przyjdzie taki czas, że wszystko stanie się jasne. I w końcu ty też będziesz mogła ich poznać…
- Kogo?

Claire zaśmiała się wdzięcznie. Nie łatwo było jej dochować sekretu, który tak skrzętnie chowała w sercu. Postanowiła jednak uchylić rąbka tajemnicy. Ku zdziwieniu Lilybeth, otworzyła okno.

- Co robisz?
- Zobaczysz…- szepnęła, po czym wychyliła się za framugę i pomachała delikatnie w kierunku drzew.

W lesie rozległo się donośne wycie wilków. Już nie jednego wilka, lecz ich dziesiątek…

- Witają cię- powiedziała.- Cieszą się, że jesteś z nimi.
- C… Cieszą?
- Tak- pogłaskała dziewczynę po ramieniu, dodając jej przy tym otuchy.- Nie ma się co bać. Zobaczysz, jeszcze będziesz się z tego śmiała…

Odeszła od okna, pozostawiając Lilybeth sam na sam ze swoją przyszłością. Chciała, by dziewczyna powoli się z tym oswoiła. By zdała sobie sprawę, co ją czeka. Takie było jej zadanie. Wprowadzić ją do równolegle istniejącego świata, który zwykłemu śmiertelnikowi nie mógł się nawet przyśnić. Choć tkwił w tym, jakże wielki paradoks – ona sama bowiem, była zwykłą śmiertelniczką…

A zaczęło się tak niewinnie. Prawie jak w bajkach. Wtedy, kiedy spotkała miłość swego życia. I gdy przysięgła, że dla tej miłości, gotowa będzie zrobić wszystko…

Później poznała też jego. Simon’a Rimes’a, ojca stojącej przed nią Lilybeth. Człowieka, który nosił w sobie tak wielką tajemnicę, że nawet najwięksi mędrcy świata nie byli w stanie jej odgadnąć. I który tę tajemnicę, przekazał w genach swojemu dziecku…

I innych, którzy wcale nie byli ludźmi. A potem sama zastanawiała się, dlaczego urodziła się człowiekiem. Tyle razy pytała o to ukochanego, pytała o to Simon’a, nawet Boga o to pytała. Ale nikt na to pytanie nie udzielił jej odpowiedzi…

Z transu w jaki wpadły, obie dziewczyny wyrwało ciche pukanie do drzwi, a zaraz za nim lekkie ich szarpnięcie. To Abigaile przyszła poinformować Claire, że czas już jechać do domu.

Lily spojrzała z nadzieją na koleżankę.

- Kiedy się zobaczymy?- zapytała.
- Niedługo- odpowiedziała.- Zadzwonię- po czym uśmiechnęła się i zniknęła za zamkniętymi drzwiami…


* * * * * * * *



Cała godzina minęła, zanim Lilybeth udało się w końcu otrząsnąć. Mimo tylu informacji, dalej nie potrafiła poskładać wszystkiego w całość. Kawałki układanki, jak puzzle rozsypały się po jej umyśle, jeden jak najdalej od drugiego.

Wiedziała, że jest tylko jedno wyjście, by przekonać się, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Nie myśląc długo, podeszła do szafy i wyjęła z niej czarną, poliestrową kurtkę z kapturem. Zarzuciła ją szybko na siebie, po czym zwinnym ruchem wyjęła spod łóżka zeszyt ojca i, zatrzaskując za sobą drzwi do pokoju, zbiegła niezdarnie po schodach do hollu.

Tam, ubierając buty, sięgnęła latarkę wiszącą na przymocowanym do boazerii gwoździu i, bez słowa, wyszła z domu.

Było już dawno po zmroku, a las, do którego zmierzała, nie wyglądał już tak przyjaźnie, jak za dnia. Dla niej nie miało to jednak znaczenia. Wiedziała bowiem, że tylko w tym miejscu może czuć się tak naprawdę bezpieczna.

Kierowała się więc ścieżką między drzewami, która prowadziła ją coraz dalej od jej ukochanej, myśliwskiej chatki. Oświetlając sobie drogę latarką, szukała miejsca, które okazałoby się odpowiednim do ćwiczeń. Bo właśnie to miała zamiar robić dzisiejszej nocy. Ćwiczyć. I nic nie było w stanie jej od tego odwieść…

Szła dobre piętnaście minut, kiedy ujrzała przed sobą ogromne drzewo. Jego pień był średnicy około dwóch metrów, jak było wysokie natomiast, nie potrafiła określić. Miało jednak w sobie coś, co nie pozwoliło jej już od niego odejść. Jakieś tajemnicze przyciąganie. Wręcz magię. Nie mogła tego tak po prostu zignorować…

Dotknęła delikatnie drzewa, napawając się chwilą. W zaciągniętym na głowie kapturze, wyglądała jak zbir, który próbuje włamać się do pilnie strzeżonego sejfu. Może to właśnie było powodem, dla którego, chwilę później, usłyszała za sobą niebezpieczne warczenie…

Znieruchomiała. Nie była pewna, czym było stworzenie stojące za nią, jednak dźwięk, jaki wydawało, nie wróżył nic dobrego. I mimo, że rozum nakazywał jej brać nogi za pas, serce podpowiadało zupełnie coś innego. Idąc za jego głosem, odwróciła się posłusznie w stronę oprawcy, a wtedy… Po prostu zamarła…

Jedyne, co teraz widziała, to oczy. Miodowo-bursztynowe oczy, które wpatrywały się w nią z takim samym zdziwieniem, z jakim ona wpatrywała się w nie. Nie zauważyła nawet, że warczenie, które jeszcze przed chwilą słychać było prawdopodobnie z odległości kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu metrów, ustało. Tylko oczy i nic więcej…

Czy to możliwe? Czy to możliwe, żeby ślepia stworzenia, które właśnie się jej przyglądało, były dokładnie tymi, które widziała w swoich wizjach? Nie!!! Przecież tamte należały do mężczyzny, te natomiast… Do ogromnej bestii, która przed nią stała! Do olbrzymiego, szarego wilka…

Zrobiło jej się słabo, co stworzenie natychmiast musiało wyczuć, bo zaskamlało. Osunęła się powoli na ziemię, z trudem łapiąc oddech. Zeszyt ojca wypadł jej z ręki, chowając się tym samym gdzieś, wśród wysokiej trawy. Wilk postąpił krok do przodu.

- Ani mi się waż…- syknęła.

Zawył cicho.

- Próbujesz wzbudzić moją litość?

Warknął.

- To czego chcesz?

Wyglądało, jakby rozumieli się bez słów. A ona dalej nie mogła przestać patrzeć w te oczy…

Stworzenie położyło się przed nią, ostentacyjnie kierując pysk w drugą stronę.

- Aaaa, rozumiem- zakpiła.- Udajesz obrażonego?

Kolejne warknięcie.

Nie wiedząc czemu, wcale nie chciała, żeby się na nią obrażał.

- Jesteś jednym z nich?

Westchnął.

- Jesteś dziewczyną?

Zerwał się na równe nogi, ujadając.

- Dobrze już, dobrze. Żartowałam- zachichotała.

Tym razem ułożył się do niej tyłem, machając przed nią ogonem.

- To niegrzeczne- skwitowała.

Zmienił pozycję na bokiem do niej.

- Okej, tak lepiej. Więc…- zawahała się.- Po co tu jesteś?

Zaszczycił ją miodowym spojrzeniem. Dziwny kurcz przeszył jej serce.

- Będziesz mnie pilnował?

Otworzył paszczę, wywalając jęzor i dysząc ciężko, co uznała za potwierdzenie.

- W takim razie, nie pozostaje mi nic innego, jak skupić się na mojej pracy- powiedziała, spoglądając na niego przyjaźnie, a ten położył łeb na swoich łapach i nastroszył uszy, jakby czegoś nasłuchiwał.

Ona sama, czując się przy nim dziwnie bezpieczna, sięgnęła ręką do miejsca, w które upadł jej kajet. To co tam wyczuła, w żadnym stopniu nie przypominało jednak notatnika jej ojca. Raczej grubą, skórzaną księgę w zniszczonej oprawie…

Wzięła ją do ręki i poświeciła nań latarką.

- Dziennik Edwarda Cullena…- wyczytała z okładki.- Skąd to się tutaj wzięło?

Spojrzała na swojego towarzysza, który udawał, że jej nie dostrzega.

- Wiesz coś o tym, prawda?- bardziej stwierdziła niż zapytała, ale on nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku.

Nagle przypomniały jej się słowa, które ojciec napisał jej w liście…

„Ćwiczyć możesz w lesie. Jest ogromny, więc nikt nie powinien Cię w nim znaleźć. (…) Tam też znajdziesz drugą wskazówkę. Nie powiem Ci jednak co to jest. Sama na to wpadniesz.”

Czy to możliwe, żeby drugą wskazówką była właśnie ta księga? Zwykły pamiętnik, napisany przez jakiegoś człowieka? Co też jej ojciec znowu kombinował? Czy powinna była go przeczytać…?

Nie wiedząc co robić, przeniosła wzrok z przedmiotu na wilka. Dalej nie mogła pojąć, jak to możliwe, że to jego oczy tak bardzo zaprzątały ostatnio jej umysł. Co takiego mogła mieć wspólnego z tym niezwykłym stworzeniem? Tak trudno było jej to odgadnąć…

- Myślisz…- zawahała się.- Myślisz, że mogę to przeczytać?- zapytała z powagą.

Jej kompan, w odpowiedzi, racząc ją krótkim spojrzeniem, wzniósł w górę olbrzymi pysk i zawył donośnie. Zawodził tak długo, aż jego głos odbijał się echem po całym lesie. Skądś znała to wycie. Nie mogła jednak przypomnieć sobie skąd…

Kiedy skończył, popatrzył na nią wymownie.

- Co to miało znaczyć?- zdziwiła się.

Tym razem odpowiedź nie przyszła od niego. Jej uszu dobiegło wycie kilkudziesięciu innych wilków, ukrytych gdzieś między drzewami.

Dreszcz podniecenia przeszedł po jej ciele. Choć jeszcze przed sekundą miała pewne wątpliwości, teraz wszystkie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Nie zastanawiając się więc długo, otworzyła księgę i zaczęła czytać.

A wilk popatrzył na nią z miłością, której ona, niestety, już nie dostrzegła…


CDN...

kaitlynn





2009 lipiec | sierpien |


scarlet,panna-ama,presta,